Film The Doors-Oliviera Sona

Posted: 12/06/2010 in Bez kategorii

Film opowiada o Jimie Morrisonie, liderze grupy The Doors. Akcja obejmuje ostatni okres życia legendarnego artysty – od momentu założenia zespołu, po śmierć w wieku 27 lat. Reżyser, zafascynowany mitami współczesnej amerykańskiej kultury, przedstawia swojego bohatera nie tylko jako wybitnego muzyka, ale również osobę egocentryczną, niszczącą swoich najbliższych. Wokalista, wiecznie odurzony alkoholem i narkotykami, ukazany jest jako człowiek zafascynowany śmiercią i dążący do autodestrukcji. Kreacja Jima Morrisona okazała się rolą życia dla Vala Kilmera. Podczas realizacji obrazu aktor sam wykonywał utwory nieżyjącego muzyka. Film, kreujący przygnębiającą wizję, umocnił tylko popularność artysty. Rzesze fanów Morrisona entuzjastycznie przyjęły opowieść o swoim idolu, który stał się jednym z symboli epoki dzieci-kwiatów.

Recenzja: Dominik Kubański

Jim Morrison to dziś nie tylko uznany poeta i wokalista The Doors, ale przede wszystkim legenda. Legenda człowieka opętanego śmiercią, nie tylko gloryfikującego ją w swoich wierszach, ale również rozpaczliwie jej poszukującego. Jak wiemy, jego poszukiwania zakończyły się 3 lipca 1971 roku, kiedy 27-letni Jim Morrison zmarł na atak serca.
Pozostała po nim poezja, biografia pełna skandali, alkoholu i narkotyków oraz przede wszystkim wspaniała, niezapomniana muzyka, obok której do dziś nie można przejść obojętnie. Oliver Stone, amerykański reżyser odpowiedzialny za realizację tak głośnych tytułów jak „Pluton”, czy „Wall Street” postanowił opowiedzieć historię grupy The Doors, zespołu, który w bardzo szybkim czasie stał się jedną z najpopularniejszych grup rockowych świata i którego kompozycje na zawsze zmieniły oblicze muzyki.
Dla Olivera Stone’a „The Doors” były również filmem bardzo osobistym. O zespole reżyser usłyszał po raz pierwszy podczas służby w Wietnamie i muzyka Morrison zrobiła na nim oraz na jego kolegach z wojska ogromne wrażenie. Zafascynowany nią po powrocie do kraju już na przełomie lat 60. i 70. starał się namówić Morrisona na realizację filmu o nim, ale projekt wtedy nie doszedł do skutku. Do pomysłu reżyser wrócił dopiero na początku lat 90.

Moim zdaniem Oliver Stone zrobił film wybitny. Dzieło, które nie tylko opowiada historię The Doors i Jima Morrisona, ale również w doskonały sposób przedstawia czasy, w jakich przyszło żyć muzykom. Okres rewolucji kulturalnej i seksualnej, narodziny dzieci kwiatów i fascynację narkotykami mającymi być środkiem pozwalającym na dotarcie w głąb własnej świadomości. „The Doors” to także historia człowieka, którego zniszczyła narzucona mu rola gwiazdora. Nie mogąc poradzić sobie z presją psychiczną Morrison szukał pocieszenia w alkoholu i narkotykach, a kiedy przyszło nań wreszcie opamiętanie było już za późno.

Film ilustrowany jest głównie muzyką „The Doors” będącą również komentarzem do wielu scen. W obrazie usłyszymy największe przeboje grupy w tym „Light My Fire”, „Raiders of the Storm”, „Break on Through”, czy „Love Street”. Ścieżka dźwiękowa filmu skompilowana jest z oryginalnych wersji utworów wykonywanych przez Jima Morrisona, jak również z nowych, w których śpiewa odtwórca głównej roli Val Kilmer. Zrobione jest to tak doskonale, że widz nie jest w stanie rozróżnić obu wersji, co sprawia, że film jest bardzo autentyczny. Wrażenie to potęguje sam Val Kilmer, który nie tyle gra postać Jima Morrisonem co wręcz JEST Jimem Morrisonem.

Kreacja Kilmera to z całą pewnością najmocniejsza część filmu. Aktor ten, który obecnie cierpi na brak dobrych ról w „The Doors” stworzył jedną z najlepszych jeśli nie najlepszą rolę w swojej karierze.

„The Doors” to kolejny film, który ukazuje się w Polsce w ekskluzywnej serii QDVD w wersji dwupłytowej. Dźwięk filmu zapisano w formacie DTS ES i DD 5.1 (oryginalna ścieżka dźwiękowa i polski lektor), spolszczono również menu płyt oraz wszystkie dodatki.
Do jakości dźwięku i obrazu przyczepić się nie można – stoją na najwyższym poziomie, jednak pretensje można mieć do tłumaczenia filmu. Jak już pisałem muzyka w „The Doors” odgrywa niezwykle ważna rolę komentując wydarzenia pokazane na ekranie. Niestety, ani w wersji lektorskiej ani w wersji z napisami nie przetłumaczono słów większości utworów, które słyszymy w tle. Ponadto w wersji lektorskiej polski głos czytający owe nieliczne tłumaczenia skutecznie zagłusza piosenki płynące w tle. W tym przypadku dużo lepiej sprawdziłoby się popularne w przypadku filmów muzycznych rozwiązanie polegające na połączeniu lektora z napisami.

Na pierwszej płycie oprócz filmu znajdziemy zwiastuny innych tytułów z kolekcji QDVD oraz komentarz Olivera Stone’a. Komentarz został w całości przetłumaczony i dostępny jest jedynie w wersji z polskim lektorem.

Listę dodatków zawartych na drugim krążku otwierają 2 zwiastuny kinowe „The Doors”, 5 spotów telewizyjnych oraz teledysk do utworu „Break on Through” zmontowany z fragmentów filmu.
Dokument „Jak powstawał film” opowiada o realizacji obrazu, o czym opowiadają reżyser i aktorzy. Kolejny dodatek „Wypowiedzi aktorów i twórców” to zbiór wywiadów pojawiających się w dokumencie. O realizacji filmu opowiadają Oliver Stone, Val Kilmer, Meg Ryan, Kyle MacLachlan, Kevin Dillon, Frank Whaley i Paul Rotchild.

Dodatek „Reportaż z planu” to zbiór scen pokazujących pracę na planie. Niestety, fragmenty te pozbawione są nie tylko słowa komentarza, ale czasami również i dźwięku.
W dziale „Piosenki” znajdziemy listę utworów The Doors pojawiających się w filmie. Z jej poziomu możemy bezpośrednio przenieść się do fragmentów obrazu, w których owe kompozycje zostały wykorzystane.

Listę dodatków zamykają „Sylwetki aktorów i twórców”, czyli tekstowe informacje na temat Olivera Stone’a, Vala Kilmera, Meg Ryan, Kyle’a MacLachlana i Kevina Dillona.

Mimo dwupłytowego wydania „The Doors” jakość dodatków zawartych na krążkach pozostawia lekki niedosyt. Ten film aż prosi się o dokument poświęcony zespołowi i jego roli w historii współczesnej muzyki rockowej. Szkoda, że go zabrakło. Niemniej jednak gorąco polecam obejrzenie „The Doors”, które jest jednym z najciekawszych obrazów poświęconych muzyce rockowej w historii kina.

Reklamy

Wywiad z Robbym Kriegerem

Posted: 10/06/2010 in Bez kategorii

Jedyną osobą, która może opowiedzieć nam historię tej wyjątkowej formacji, jest gitarzysta Robby Krieger – wokalista nie żyje, a członkowie sekcji rytmicznej niechętnie udzielają wywiadów. Krieger opowiada historię The Doors, w której narkotyki i utarczki z policją bynajmniej nie odegrały drugoplanowej roli. Ta niezwykła historia o triumfie i buncie pełna jest zabawnych, jak również i tragicznych momentów. Ale niezależnie od całego tła różnych wydarzeń, muzyka i tak broni się sama…

POCZĄTKI

We wrześniu 1965 roku student z Kalifornii, Robby Krieger, miał zaprezentować swoje umiejętności przed trzema muzykami, którzy szukali gitarzysty do swojego zespołu. Zagrał więc kilka taktów tak, jak potrafił najlepiej. Jeden z przesłuchującej go trójki, Jim Morrison – wokalista i poeta o łagodnych oczach – od razu zgodził się przyjąć nowego muzyka do zespołu, a jego zdanie podzielił również klawiszowiec Ray Manzarek. Perkusista i jednocześnie student psychologii, John Densmore, już wcześniej poznał umiejętności Kriegera (grał z nim w zespole Psychedelic Rangers) i to właśnie on zaaranżował to spotkanie. Tak oto zebrał się czteroosobowy skład, który przyjął nazwę The Doors i który w ciągu najbliższych lat miał wstrząsnąć muzyczną sceną nie tylko w Ameryce, ale i na całym świecie. Od tego pierwszego spotkania minęło już ponad czterdzieści lat… 1965-1966

PIERWSZE SPOTKANIA, PIERWSZE BÓJKI I PIERWSZE PRÓBY

Członkowie The Doors wywodzili się z drobnych zespołów studenckich, a poznawali się na plażach Los Angeles. Upalne lato, piękne złociste plaże, początki fermentu tuż przed powstaniem ruchu hippisowskiego. Podobno Manzarek założył się z Morrisonem, że ten wyrecytuje „Moonlight Drive” z zamkniętymi oczami. Fale na Venice Beach lizały im stopy. Tego wieczoru razem z Densmorem mieli po raz pierwszy odwiedzić Kriegera. „Studiowałem razem z Rayem i Jimem na UCLA, a Johna znałem jeszcze ze szkoły średniej – opowiada Krieger. – Przyszli do mnie do domu w trójkę i wówczas pokazałem im próbkę moich umiejętności. Jim był pod wrażeniem, tak więc natychmiast zasiliłem szeregi The Doors.

W tamtym okresie grałem głównie flamenco, a na gitarę elektryczną przerzuciłem się dosłownie miesiąc wcześniej. Nie miałem więc zbyt dużego pojęcia o tak zwanym rock and rollu. Dopiero wstąpienie do The Doors sprawiło, że musiałem intensywnie popracować nad swoim stylem gry. Byliśmy długowłosymi w świecie zdominowanym przez krótkowłosych. Jednym słowem wyglądaliśmy jak jakieś dziwadła (śmiech). Uważaliśmy się za hipisów i – choć trudno w to uwierzyć – dlatego że nie było nas wielu w Los Angeles, nieustannie pakowaliśmy się w tarapaty. Pamiętam, jak wybraliśmy się do restauracji, w której zastaliśmy grupę amerykańskich marines. Przez cały czas gapili się na nas prowokacyjnie, a gdy tylko stamtąd wyszliśmy, dogonili nas i zaczęli okładać, gdzie popadnie – tak po prostu bez ostrzeżenia.

Jeden z nich dorwał Jima i walił jego głową w okno, a Jim, jak to Jim, tylko się śmiał. Nasze pierwsze próby był bardzo chaotyczne. Dobrze zapadły mi w pamięć szczególnie trzy, które odbyliśmy na samym początku naszej współpracy. Pierwsza była udana – graliśmy ’Moonlight Drive’ i kilka innych kawałków. Ale od razu poczuliśmy, że nadajemy na tych samych falach i że może coś z tego być. Druga próba miała odbyć się w domu moich rodziców. Rozstawiliśmy sprzęt i czekaliśmy na Jima, ale on nie przychodził. W końcu postanowiliśmy do niego pojechać, by sprawdzić, co się z nim dzieje. Okazało się, że siedzi w więzieniu gdzieś na pustyni. Wdał się w bójkę z grupą motocyklistów – ale tylko Jim z chłopakami poszli siedzieć, tamci nie. Później było już tylko gorzej i takich sytuacji było znacznie więcej”. 1966-1967

UDANY DEBIUT, UDANY SKANDAL

Po pięciu miesiącach prób i z zalążkiem debiutanckiej płyty, zespół zaczął podbijać amerykańskie sceny, a jego główną bronią – poza gitarą Kriegera – był wyjątkowy głos i sceniczna prezencja Morrisona. Wkrótce grupa grała już w klubie London Fog na Sunset Avenue i w końcu w słynnym klubie Whisky A Go-Go. Muzycy zostali tam dostrzeżeni przez prezesa Electra Records, Jaca Holzmana, i producenta Paula A. Rothchilda, w wyniku czego 18 sierpnia doszło do podpisania kontraktu z Electra Records. Muzycy mieli dużo szczęścia, ponieważ już 21 sierpnia zostali… wyrzuceni z klubu za kontrowersyjne wykonanie utworu „The End”. „Do Whisky A Go-Go trafiliśmy właściwie przypadkiem. Graliśmy koncert w klubie na tej samej ulicy i dziewczyna, która bukowała koncerty w Whisky Go-Go, zobaczyła nas pewnego dnia i oczywiście od razu zakochała się w Jimie (śmiech). No i tym sposobem zagraliśmy koncert w tym właśnie klubie – wspomina Krieger. – To kontrowersyjne wykonanie ‘The End’ przeszło już chyba do historii.

Na początku występu Jim w ogóle nie pojawił się na scenie, więc my po prostu graliśmy utwór w wersji instrumentalnej, bez wokalu, co jakimś cudem uszło nam na sucho. W końcu John i Ray poszli po Jima. Znaleźli go chowającego się pod łóżkiem. Jego zachowanie nie powinno dziwić, o ile weźmie się pod uwagę fakt, że wziął za dużo kwasu. Doprowadzili go trochę do porządku i wyprowadzili na scenę. Powiedział, że chce zagrać ‘The End’. Cóż, zgodziliśmy się. Wtedy pierwszy raz wyśpiewał: Father, I want to kill you. Mother, I want to fuck you. Przyznam szczerze, że byliśmy nie mniej zszokowani niż publiczność”.

A jak przebiegała sesja nagraniowa płyty „The Doors” (1967)? Krieger mówi, że była to świetna zabawa: „Nie spędziliśmy zbyt dużo czasu w studiu. Po prostu miksowaliśmy i nagrywaliśmy utwory, które ćwiczyliśmy co wieczór przez ostatnie lata. Pisaniem utworów zajmowałem się wspólnie z Jimem. Ceniłem go jako tekściarza i dlatego między innymi zdecydowałem się dołączyć do grupy. Nasza debiutancka płyta weszła na drugie miejsce listy przebojów w Stanach Zjednoczonych, ale nigdy nie uważaliśmy się za gwiazdy. Nagrywaliśmy w Electra Records, a to nie była wytwórnia pokroju Columbia, która mogła zrobić z nas gwiazdy z dnia na dzień. Zawsze uważaliśmy się za zwykły undergroundowy zespół z Los Angeles. Dla Jima było to jednak za mało. On chciał, żebyśmy byli jak The Beatles”. 1967-1969

CORAZ WIĘKSZE PRZEBOJE, CORAZ WIĘKSZE PROBLEMY

Z komercyjnego punktu widzenia The Doors nie mogli osiągnąć więcej. Przed końcem 1967 muzycy z Kalifornii przestali być postrzegani jedynie jako kolejny zespół undergroundowy. Artyści stali się gwiazdami, a Jim Morrison – nie do końca wbrew swojej woli – jawił się jako idol nastolatek. W radiu na stałe zagościły takie przeboje, jak: „Strange Days” (1967), „Waiting For The Sun” (1968) i „The Soft Parade” (1969). Krytyka zaczęła oskarżać grupę o to, że się sprzedała i – jak napisał pewien krytyk – „robi muzykę wyłącznie dla pieniędzy”. Krieger jednak zaprzecza: „Nie zgodzę się, że ‘Strange Days’ był naszym najbardziej komercyjnym albumem. Jest na nim kilka bardzo oryginalnych utworów, jak na przykład ‘People Are Strange’ czy ‘When The Music’s Over’. Wtedy bardzo rozwinąłem się jako gitarzysta. Niektórzy twierdzą, że ‘Strange Days’ to mój najlepszy album”. Pomimo komercyjnego sukcesu w powietrzu nieustannie unosiła się atmosfera buntu.

Podczas koncertów dochodziło do groźnych zamieszek pomiędzy fanami i policją. Za kulisami Morrison miał coraz większe problemy z narkotykami i alkoholem, a punktem kulminacyjnym jego ekscesów było obnażenie się i symulowanie masturbacji podczas koncertu w Miami 1 marca 1969 roku. Sala Dinner Key Auditorium, przeznaczona dla 6.900 osób, była tego wieczoru zdecydowanie przepełniona. Manzarek w swojej biografii twierdzi, że żadne obnażenie nie miało miejsca. Według niego była to zbiorowa psychoza, a Morrison po prostu bawił się z publicznością. Tak samo twierdzi Krieger: „Ten incydent z Miami nie był znowu taki straszny, jak przedstawiły go media. Wszystko zostało niepotrzebnie rozdmuchane. Jim powiedział, że się rozbierze. Zapytał publiczność: ‘Chcecie go zobaczyć?’, a potem wyciągnął koszulę ze spodni, jakby miał zamiar je zdjąć, ale ostatecznie tego nie zrobił, a tylko rozpiął rozporek. Kilka razy pytał, czy publiczność widziała to, co im rzekomo pokazał.

Rozgrzał publikę do czerwoności, ludzie krzyczeli, pchali się do sceny, sądząc, że on faktycznie się obnaża. Jim dosłownie doprowadził ich wtedy do szaleństwa. Ale gdyby naprawdę zdjął spodnie, na pewno zrobiono by mu zdjęcie, a – jak wiemy – coś takiego nigdy nie zostało opublikowane”. Czy Morrison zdjął spodnie, czy nie, incydent ten rozwścieczył lokalne władze i artysta został ukarany za dopuszczenie się czynów obscenicznych. Wszystkie koncerty zespołu w Stanach Zjednoczonych zostały natychmiast odwołane. Krieger wspomina: „Zanim ukazała się nasza trzecia płyta, czyli ‘Waiting For The Sun’, zachowanie Jima zaczęło doprowadzać do coraz ostrzejszych konfliktów. Przyprowadzał do studia jakichś dziwnych ludzi i robił, co chciał, a my musieliśmy znosić jego humory. Ten facet praktycznie cały czas buntował się przeciwko czemuś.

Kiedy wszystko szło dobrze, on zawsze starał się to zepsuć. I wychodziło mu to doskonale. Tylko z pisaniem piosenek nigdy nie miał żadnego problemu. Pracowało mi się z nim dobrze, tym bardziej że chętnie śpiewał moje teksty. Problemy pojawiały się dopiero, gdy kończyliśmy pracę. Jim wychodził ze studia, natychmiast się upijał i wtedy wszystko zaczynało się od nowa”. Czwarty album „The Soft Parade” jeszcze bardziej zdystansował grupę od ich fanów. Na płycie dominowały głównie piosenki pop i muzycy zdecydowali się na wprowadzenie sekcji instrumentów dętych. „Nagranie tego albumu zajęło nam sporo czasu – wspomina Krieger. – Najwięcej trudności sprawiło nam dogranie orkiestry. Nie był to łatwy okres, bo nie wszyscy zgadzaliśmy się co do tego, że takie eksperymenty w ogóle są potrzebne, a poza tym niełatwo było mi dopasować do całości mój styl gry. Szło nam znacznie gorzej przede wszystkim z powodu tego nieszczęsnego incydentu w Miami. Wtedy nie mogliśmy już nigdzie grać koncertów! Skrytykowano nas za sekcję dętą, smyczki i dlatego był to dla nas niezbyt udany okres. Ale warto było – kiedy słucham tej płyty po latach, brzmi wspaniale”. 1970-1971

PRZYPARTY DO MURU ZESPÓŁ NAGRYWA SWOJE DWA NAJLEPSZE ALBUMY

Grupa została bezlitośnie skrytykowana za krążek „The Soft Parade”, i to zarówno przez fanów, jak i media. Wokalista, który przez większą część czasu znajdował się pod wpływem narkotyków i alkoholu, nie rezygnował ze swoich błazeństw, za które coraz częściej lądował za kratkami. W tym burzliwym klimacie zespół wszedł w nowe dziesięciolecie. Wszystko wskazywało na to, że teraz może być już tylko gorzej. Tak się jednak nie stało. W ciągu następnych dwóch lat grupa wróciła do swoich czysto bluesowych korzeni i zarejestrowała dwie płyty: „Morrison Hotel” (1970) i „L.A. Woman” (1970), które okazały się najlepszymi produkcjami w karierze tej formacji. „Płyta ‘Morrison Hotel’ była niejako reakcją na poprzednią, tak ostro krytykowaną produkcję – wspomina Krieger. – Chociaż nie wpuszczano nas na żadne sale koncertowe, to znowu robiliśmy to, co kochaliśmy: tworzyliśmy muzykę. Poszliśmy bardziej w stronę bluesa, choć ja sam nigdy nie myślałem o sobie jako o gitarzyście bluesowym. Nie chciałem, jak wszyscy naokoło, naśladować Mike’a Bloomfielda. Ale wiadomo, gdy jest się gitarzystą, to prędzej czy później wróci się do bluesa”.

Zespół mógł już grać koncerty i wystąpił na Festiwalu Isle Of Wight obok takich gwiazd, jak Jimi Hendrix czy The Who. „Wiele osób uważa, że ‘L.A. Woman’ to był nasz najlepszy album i ja się z nimi zgadzam w zupełności – kontynuuje artysta. – Szczególnie kocham takie utwory, jak ‘L.A. Woman’, ‘Riders On The Storm’ i ‘Love Her Madly’. Te dwa pierwsze kawałki niejako napisały się same podczas jam session”. Ten album grupa wyprodukowała samodzielnie, bowiem producent Paul A. Rothchild zrezygnował ze współpracy z nią. Zanim płyta ukazała się na rynku, Morrison wyjechał do Paryża, żeby skupić się na pisaniu wierszy i zadeklarował, że już nie zagra w The Doors. Później jednak miał telefonować ze stolicy Francji, twierdząc, że ma dużo materiału na nową płytę i że chce wrócić do zespołu. Tej obietnicy jednak nie było mu dane dotrzymać… 1971

ŚMIERĆ MORRISONA U SZCZYTU POPULARNOŚCI…

3 lipca 1971 roku do Kriegera zadzwonił menedżer zespołu z informacją o tragicznej śmierci wokalisty. Morrison został znaleziony martwy w wannie w swoim paryskim mieszkaniu. Oficjalną przyczyną zgonu była niewydolność serca spowodowana problemami oddechowymi. Nikt jednak nie przeprowadził sekcji zwłok przed pogrzebem, który odbył się na słynnym cmentarzu Pére Lachaise. Wokół śmierci Jima pojawiło się wiele spekulacji, a jego dziewczyna, Pamela Courson, zeznała, że to ona podała mu dawkę heroiny, która okazała się śmiertelna. Nigdy nie poznamy prawdy, w każdym razie śmierć wokalisty w wieku dwudziestu siedmiu lat z jednej strony zapewniła mu status legendy, natomiast z drugiej – brutalnie zakończyła karierę grupy The Doors. „W pierwszej chwili nie uwierzyłem w tę informację.

Już wcześniej zdarzało się, że uśmiercano Jima – mówi Krieger. – Kiedy okazało się, że tym razem była to prawda, poczułem się tak, jakby spadła na mnie tona cegieł. To był najgorszy moment w moim życiu. Dziś nie jest to już takie bolesne, ale to nie znaczy, że nie tęsknię za Jimem. Chciałbym, żeby żył i widział, jak kolejne pokolenie słucha naszych płyt. Zawsze marzył, żebyśmy zaszli jak najwyżej. A co by było, gdyby on nie umarł? Na pewno dalej tworzylibyśmy muzykę. Ale jaka byłaby ta muzyka, tego nie jestem w stanie powiedzieć…”.

* http://www.magazyngitarzysta.pl/ludzie/artykuly/1623-robby-krieger-caa-prawda-o-the-doors.html